Dlaczego mówienie o sobie „Jestem DDA” jest błędem


Dlaczego mówienie o sobie „Jestem DDA” jest błędem

Wcale nie chodzi tutaj o wypieranie, czy zaklinanie rzeczywistości, tylko o to, że mówiąc o sobie w ten sposób, wysyłasz swojej podświadomości wiadomość – jestem wadliwy. Przyklejasz sobie etykietkę. A skoro jesteś z gruntu „niepełnowartościowy”, to znaczy, że nie można z tym nic zrobić, prawda? Nieprawda.

 

Syndrom DDA, to nie jest nieuleczalna choroba, z którą musisz męczyć się do końca życia. Przeciwnie, możesz się z nim uporać, ponieważ jest to efekt określonych doświadczeń, a nie trwała i nieusuwalna cecha danej osoby.

 

Można dokonać diametralnej zmiany dzięki wytrwałej pracy nad sobą, właściwej wiedzy, poszerzaniu świadomości i czasami oczywiście terapii. Tylko czasami? Tak, terapia nie zawsze jest konieczna i rożne też mogą być jej rodzaje. Nie każdy jej wymaga, bo nie każdy doświadczył tych samych dysfunkcjonalnych zachowań i zranień w jednakowym stopniu, czy też miał te same wzorce. Ponadto nie wszyscy mają identyczny poziom odporności psychicznej. Dlatego mimo, że pewne wyrządzone szkody są wspólne dla dorastających w rodzinach dysfunkcyjnych, to stopień w jakim dotknęły one poszczególne osoby, jest zawsze inny. Nie ma dwóch identycznie doświadczonych ludzi, w sensie jednakowego odczuwania i skutków, nawet wśród rodzeństwa, które wyrosło w tym samym domu. Wszyscy czujemy podobnie, ale jednocześnie każdy odczuwa i reaguje inaczej.

 

Dlaczego o tym piszę, czy nie jest to tylko wywód bez znaczenia na temat szczegółu, jakim jest określenie „jestem DDA”, czy też „jestem DDD”? Nie, nie jest. Z prostej przyczyny (chociaż większość ludzi wydaje się nie zdawać sobie z tego sprawy). Chodzi o to, że nasza podświadomość nie zna się na żartach. Wystarczy, że powtórzysz z przekonaniem, nawet tylko kilka razy jakieś słowa o sobie, a Twoja podświadomość zacznie je traktować, jako prawdę. W tym przypadku negatywnie zaprogramujesz siebie. I to nie jest błahostka, ponieważ zaczniesz wierzyć, że rzeczywiście tak jest. A jeśli uwierzysz, że jesteś, w jakimś sensie niepełnowartościowy, ułomny, to będziesz doświadczał skutków takiego postrzegania we wszystkich obszarach swojego życia. Twoje przekonania znajdą odzwierciedlenie w sposobie myślenia, pewności siebie (a raczej jej braku), w rodzaju i jakości wyznaczanych sobie celów, podejmowanych decyzji, wyzwań, w relacjach damsko – męskich, w poziomie skuteczności w pracy. Wpadniesz w pętlę, z której nie wyjdziesz, dopóki nie zobaczysz siebie i swoich doświadczeń z przeszłości, w zupełnie innym świetle. Dopóki nie zyskasz świadomości, nie będziesz w stanie nic z tym zrobić. Ponieważ problem będzie cały czas ukryty w Tobie, niezauważalnie działając w tle. A w psychologii nienazwane, nie istnieje.

 

Co więcej, osoby, które wzięły sobie do serca, że „są DDA”, to czasami Ci, którzy całymi latami chodzą na terapię, mimo, że już dawno mogliby zacząć funkcjonować bez takiej pomocy. Jednak, tak bardzo przyzwyczaiły się do tego, że „potrzebują wsparcia”, że już nie umieją inaczej. A czy to na pewno jest celem terapii? Wciągnąć człowieka w machinę, z której nigdy się już nie wydostanie? Oczywiście, że nie.

 

Mówienie o sobie „Jestem DDA” jest szkodliwe i stanowi pułapkę mentalną. To realna przeszkoda w rozwoju, a nie tylko nic nie znaczące określenie.

 

Tak zwany syndrom DDA, czy DDD jest stanem, w który wchodzi się na skutek doświadczenia dorastania w rodzinie, gdzie jakieś obszary i relacje były nieprawidłowe. Gdzie były uzależnienia, przemoc, porzucenie i inne negatywne przeżycia. Ale to wcale nie oznacza, że doświadczając ich, automatycznie stajesz się ułomny, w jakiś trwały sposób i jesteś całkowicie bezradny. Raz na całe życie złamany, oznaczony etykietką i pogrzebany. Absolutnie nie musi tak być! Możesz odzyskać siebie i odbudować to, co dysfunkcyjne środowisko w Tobie zepsuło, co Ci odebrano. To nie Ty jesteś niepełnowartościowy, czy zły. To Ciebie zraniono. I nie ma w tym Twojej winy. Nikt nie rodzi się skazany na porażkę, ani bezwartościowy. Nikt z nas także nie wybrał sobie rodziców, ani domu, w którym przyszedł na świat i dorastał. Urodziłeś się, jako biała, czysta kartka i dopiero później ukazała się na niej treść. Pojawiłeś się, jako ważna i unikalna istota, której niczego nie brakuje. W dniu kiedy uwierzysz, że byłeś i jesteś pełnowartościowym człowiekiem, który zasługuje na każde dobro, na to, by być szczęśliwym, kochać i być kochanym, zacznie się Twoja przemiana.

 

Jednak, by nie sabotować własnego rozwoju, już dzisiaj podejmij decyzję, aby mówiąc o sobie, nie używać określenia „jestem DDA”. Nie potrzebujesz stygmatyzacji, łatki, nie musisz być „jakiś”.

 

Potrzebujesz pozytywnych wspierających Cię słów, przekonań, wiary i cierpliwej pracy nad własnym rozwojem.

 

Szczęśliwe życie nie jest zarezerwowane wyłącznie dla osób pochodzących, z tak zwanych dobrych rodzin. Ty także na nie zasługujesz i ono czeka, aż je odnajdziesz. Dlatego bez zwlekania wyjdź mu naprzeciw, każdego dnia pracując nad tym, by podsycać motywację, dodawać sobie otuchy, dostarczać umysłowi wartościowych treści i otaczać się pozytywnymi ludźmi. A posługiwanie się etykietkami pozostaw tym, którzy koniecznie muszą każdego zaszufladkować, bo inaczej puzzle nie pasują im do obrazka.

 

Pamiętaj, że doświadczenia z przeszłości nie definiują Cię, jako człowieka, ani nie determinują tego, kim możesz się stać. Jedynym prawdziwym znaczeniem, jakie mają jest to, które Ty sam im nadasz.  Nazywaj więc świadomie to, co Ciebie dotyczy i nie rób sobie osłabiających „mentalnych tatuaży”, w postaci negatywnych określeń. Sama zmiana słownictwa, którego na co dzień używasz do opisywania swoich doświadczeń i tego kim jesteś, spowoduje w Tobie znaczącą przemianę w odczuwaniu i sposobie patrzenia na wiele rzeczy. Ten pozornie mały krok, pociąga za sobą prawdziwe zmiany we wnętrzu człowieka. Wykorzystaj tę świadomość i używaj języka, jako narzędzia, które Cię wspiera i podbudowuje, a nie osłabia.

 

Chętnie posłucham, co o tym myślisz? Podziel się ze mną swoimi uwagami w komentarzach.

 

Jeśli podoba Ci się ten artykuł, zapisz się na listę wpisując email poniżej i udostępnij post swoim znajomym. Polub także stronę DNA Sukcesu na Facebook’u. Zapraszam serdecznie!

 

7 komentarzy

  1. W jednym z sąsiednich artykułów na tej stronie pisze Pan o wartości przyznania się do swoich słabości jako o sile, a nie słabości. I tak jak w alkoholizmie, stwierdzenie, że się alkoholikiem niezaprzeczalnie jest, stanowi nieodłączny element 1 kroku. Czym to się różni od nieoskarżającego stwierdzenia „jestem dorosłym dzieckiem alkoholika” – tym samym „to właśnie stąd wynika mój dotychczasowy zamęt uczuciowy i spowolnienie rozwoju i to właśnie dlatego powinienem zacząć pracę nad sobą ponieważ to mnie czyni mniej szczęśliwym niż mogę być”.

    Czy to stwierdzenie faktu że „jestem DDA” nie jest potrzebne do utożsamienia się ze swoim własnym kształtem, z wypieraną dotąd ‚wadą postawy’? Przecież to właśnie przyznanie się/stwierdzenie w jakim miejscu jestem i do nieumiejętności samodzielnej zmiany tego miejsca, mimo największych podjętych wysiłków pozwala poprosić o pomoc, sięgnąć po literaturę właśnie na ten temat – jako że właśnie sobie uświadamiamy że ten temat nas dotyczy.

    Odpowiedz
    1. Panie Konradzie, różnica polega na tym, że syndrom DDA jest pewnego rodzaju stanem, w który wpada się na skutek dorastania w rodzinie z problemem alkoholowym. Ale to jest nadal tylko zbiór pewnych nabytych cech, a nie trwała i niezbywalna tożsamość danej osoby. Można to zmienić i to nie jest wyrok dożywocia – „będziesz już zawsze DDA”. Nie. Dorastałem w rodzinie dysfunkcyjnej i mam syndrom DDA. Czyli mogę coś z tym zrobić, zamiast „jestem DDA” (czytaj: taki już po prostu jestem i nic tego nie zmieni). Tutaj chodzi jeszcze o coś więcej, o czym napisałem w artykule wyżej. Słowa mają potężną moc. Jeśli ktoś chce świadomie i szczęśliwie żyć, nie może używać słów, które go programują negatywnie. A największe znaczenie mają te mówione do samego siebie. Nie chodzi o to, że sformułowanie „jestem DDA” jest oskarżające, a bardziej o to, że mentalnie lokuje nas w miejscu, z którego nie ma wyjścia. A to jest założenie z gruntu fałszywe i blokujące rozwój. Poza tym, celem pracy nad sobą jest całkowite wyzdrowienie, a nie chodzenie do końca życia na terapię, prawda? Więc należy pracować nad sobą w taki sposób, by dojść do momentu, gdy będzie można powiedzieć: „miałem syndrom DDA, ale dzięki właściwej pomocy i pracy nad sobą dziś jestem już od tego wolny”. Natomiast osoba, która mówi, że „jest DDA”, będzie to powtarzać do końca życia i tak też będzie się czuć, nieświadomie budując sobie ograniczenia, które obiektywnie patrząc istnieją tylko w jej w głowie. To zasadnicza różnica. Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić, co miałem na myśli. Pozdrawiam serdecznie.

      Odpowiedz
  2. Dziękuję za odpowiedź, w moim odczuciu są tu poruszone dwie równoprawne prawdy:

    1. nasza DDA’owska skłonność do tkwienia w roli ofiary, która pozyskuje WSZYSTKO, więc także i ‚metkę’ DDA do umocnienia swojego statusu. Jest to nierzadka praktyka na mitingach 12-krokowych, gdzie się przynajmniej 3-ch pierwszych kroków nie przepracowuje z kimś kto jest dalej w pracy nad sobą, a dominuje żal. Podobnie ludzie religijni potrafią przypisywać swoim doświadczeniom ‚kary od Boga’ lub rzekomo dany przez Niego ‚krzyż’, który dana osoba ma nieść przez życie. Mamy przynajmniej tyle samo racjonalizacji co nasi pijani ojcowie apropo swojego picia. W terapii natomiast z podniesionym tonem, zakrawającym na upodobanie mówi się o drastyczności doznanej przemocy, krwi na ścianach gabinetu czy o DŁUUUUUGIEJ drodze jaką mam przed sobą, która wydaje się być jakąś straszliwą odpychającą katorgą, że aż zniechęcającą do robienia czegokolwiek 🙂

    2. nigdy nie cofnę czasu i nie sprawię że moja rodzina była zdrowa – podobnie jak w uzależnieniach czy depresji, ryzyko nawrotu wciąż istnieje, mimo upływu lat w zdrowszym funkcjonowaniu, nie jest to już jak wcześniej automatyczne działanie, ale rzadsza niemal ‚rozsądna’ myśl – pierwsza tendencja np w kryzysie lub sukcesie. Jeśli zapomnę co pójście za tą pierwotną DLA MNIE DDA skłonnością zrobiło z ludźmi w moim domu, to za tym pójdę, np wydzierając się na dziecko, czy wchodząc w erotomański związek z młodszą od żony kobietą, czy też nadużywając władzy w pracy itd. DDA pozostaje się do końca życia, jednak z punktu widzenia dalszych etapów rozwoju, jest to paradoksalne błogosławieństwo bo potrzeba wejścia w leczenie i rozwój osobisty doprowadza mnie do poziomów na których często nie są ludzie z trzeźwych rodzin, którzy tak palącej potrzeby zmian nie zaznali.

    Dlatego człowiek już uporządkowany, który publicznie deklaruje się jako DDA niesie nadzieję ludziom za sobą. Czy to go programuje negatywnie? Jak stwierdził włóczęga z wyboru w filmie „Into The Wild” Sean Penn’a – „szczęście jest tylko wtedy kiedy je dzielisz”. Na pewno pozytywnie programuje to tych którzy chcieliby trwać nadal w smutnej wersji tej deklaracji – odbiera im to racjonalizację „ok, jemu się powodzi, ale mi nie będzie to dane bo w przeciwieństwie do niego jestem DDA”.

    – – –
    Myślę że stwierdzenie ‚nazywanie siebie DDA jest szkodliwe’ jest bardzo dużym uogólnieniem i może sprawić, że ktoś nie zasięgnie pomocy ukierunkowanej dla osób wychowanych w bagnie alkoholizmu, szybko zostanie to pozyskane przez racjonalizację typu „jednak dam sobie radę sam/a”, po co wracać do nieprzepracowanej przeszłości, boli bo ‚takie jest życie’, moi bliscy muszą to jakoś zrozumieć i przykrości które im wyrządzam przyjąć. To jest myślenie alkoholika.

    Jestem DDA – może być używane negatywnie, a może też i często jest używane jako punkt wyjścia: „nareszcie wiem nad czym pracować aby zmienić swój los”. W przypadku porażki, może posłużyć do okazania sobie samej/mu wyrozumiałości, odebrać komfort porównywania się z innymi – niepozbawionymi zasobów w pierwszych latach życia – ludźmi. Utożsamienie się może też sprzyjać zaangażowaniu w społeczność DDA/DDD które zarówno na grupie terapeutycznej, mitingu, warsztatach czy czacie wpływa dobrze na ogólne relacje z ludźmi, ale tutaj mamy więcej przestrzeni jako znający swój problem.

    Zgadzam się natomiast że nadmierne podkreślanie swojej krzywdy i zasłanianie nią swojego braku aktywności w tej sferze jest szkodliwe, – ale jakich ‚świętych racji’ używa wciąż pijana emocjonalnie osoba aby stać w miejscu, to już sztucznie naniesiona fasada, może być ona „krokowa”, „religijna”, „psychologiczna”, „zawodowa” i każda inna – co nie oznacza że psychologia, religia i program są szkodliwe. Pracoholik/materialista często mówi „robię to wszystko ze względu na dobro dzieci”, czy to znaczy że utrzymywanie rodziny jest negatywne?

    Więc uważam, że przestanie międlenia swojego DDA’izmu może być zalecone przez terapeutę, sponsora, duchownego, coacha, bliską osobę … w sytuacji gdy ta osoba sama robi z tego obsesję, ale nie wszystkim, bo wzmocni to tylko odruch zwrotny – chęć uniknięcia swojego własnego smutku jaki każde Dorosłe Dziecko zmagazynowało przez lata i musi w końcu go przez siebie przepuścić i zostawić za sobą – bez tego nie ma zdrowia psychicznego.

    Odpowiedz
    1. Panie Konradzie, bardzo dziękuję za tak wnikliwe spostrzeżenia i rozwinięcie tematu. Poruszył Pan kilka ważnych kwestii. Uważam, że to jest cenny głos i cieszę się, że zechciał Pan się podzielić swoją opinią.

      Odpowiedz
  3. Jeśli chodzi o mnie to mówię o sobie otwarcie, że jestem DDA i nie widzę w tym niczego ograniczającego dla siebie. Wręcz przeciwnie! Skończyłem dwuletnią terapię (w tym pogłębioną gdzie konkretnie „przeorałem” swoje dzieciństwo) i nadal zmieniam, rozwijam się. Nadal jestem i zawsze będę Dorosłym Dzieckiem Alkoholika tak samo jak mój ojciec zawsze będzie alkoholikiem. Żadne czarowanie siebie tego nie zmieni.

    Odpowiedz
    1. Panie Robercie, dziękuję za komentarz. Szanuję Pana zdanie w tej kwestii. Każdy ma prawo do wyboru własnej drogi i rozwiązań, które uważa za najskuteczniejsze. Pozdrawiam serdecznie.

      Odpowiedz
  4. Warto przyznać się według mnie do tego, że pewnie ciężkie przeżycia z dzieciństwa mogły być traumatyczne. Myślę, że autor artykułu ma na myśli, że kiedy sami diagnozujemy się jako DDA, zamykamy się w jakichś sztywnych normach i wielu z nas często zapomina, ze DDA to nie nasze stałe i niezmienne cechy charakteru i nie jesteśmy skazani na bycie nieszczęśliwymi. Pochodzę z rodziny, w której alkohol był nadużywany przez oboje moich rodziców oraz starsze rodzeństwo. Miałam przez to wielki problem z wpasowaniem się do otaczającego mnie świata, bycia częścią społeczeństwa. Chodziłam jednak na terapię grupową do tego ośrodka https://www.psychologgia-plus.pl/ przez ponad rok. Wiem, że DDa (rozumiane jako syndrom i jego objawy) to nie ja. Jestem panią własnego losu. I to terapia powinna uświadomić, żebyśmy znów mogli złapać ster we własne ręce.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

CAPCHA * Przekroczono czas na odpowiedź